Piec kaflowy

Pamiętam u mojej babci takie piece, do których można się było przytulić plecami i ogrzać zziębnięte dłonie. Kafle gładkie u jednego, u drugiego z wypukłym motywem kwiatowym.

Śliczne. Zrzędzenie babci w trakcie rozpalania pieca wydawało mi się nie na miejscu, przecież ogień buzował w palenisku, kafle się nagrzewały, czasem tylko trochę zadymiło na pokój.

Teraz wiem, że rozpalanie w każdym po kolei piecu, a potem pilnowanie tegoż paleniska i ciągu komina, to codzienny trud. Piece grzały się powoli, powoli też ogrzewały pomieszczenia, nieszczelne podstępnie truły. Rano znowu zimne, a zdarzało się, że niedopilnowane gasły w ciągu dnia. Strach było dokładać węgla w obawie przed czadem i skutkami jego wdychania, dlatego głównym paliwem dla gardzieli pieca były szczapy drzewa, które wcześniej należało przygotować. Obecnie wracają do łask bardziej jako element dekoracyjny domu, czynne, najczęściej z rzeźbionymi kaflami. Bardziej wygodne i oszczędniejsze jest ogrzewanie c.o., bądź to olejowe, węglowe lub gazowe.